Miało być: hollywoodzko, z rozmachem, tanecznie, muzycznie, wspaniale.
Wyszło: chaotycznie, idiotycznie, mało tanecznie, muzycznie, mocno średnio.
Ściągnięty z krajów Skandynawskich reżyser Bruce Parramore miał zagawarantować hollywoodzką jakość i pokazać, że da się zrobić "Step Up" po polsku i faktycznie, prawie się udało. Prawie, jak wiadomo, robi wielką różnicę. Parramore jak się okazuje nie ma na koncie żadnego filmu pełnometrażowego, a jedynie masę teledysków. Wydawałoby się, że to dobrze, by film taneczny był zmontowany jak teledysk, prawda? Otóż nie, ponieważ fabułą rządzi się innymi prawami. Setki cięć i ujęć trwających sekundę w teledysku mają wywołać wrażenie efektowności i zatuszować brak umiejętności tanecznych wokalisty czy wokalistki. W filmie z masą bardzo utalentowanych tancerzy te umiejętności powinno się eksponować, a reżyser do spółki z montażystą zrobili wszystko by je ukryć i zabić całą dramaturgię widowiska. Szkoda, bo kilka scen tanecznych mogło wyjść naprawdę dobrze.
Scenarzysta postawił natomiast, a to niespodzianka, na klisze fabularne, zasadniczo ubierając scenariusz znany z "You can dance" w wątłą fabułkę z jednowymiarowymi postaciami, które mówią do siebie banałami (mimo wszystko i tak dialogi są tu lepsze niż w typowej polskiej komedii romantycznej). Jednak w odróżnieniu od telewizyjnego show, tu zabrakło dramaturgii, ponieważ w You can dance śledzimy losy kilkunastu bohaterów, którzy są jednakowo eksponowani, w filmie natomiast wszyscy tancerze są jedynie tłem dla losów Wojtka -Damięckiego i Hani - Miko. Dodatkowo nie udało się uniknąć typowych dla tego podgatunku polskiego kina idiotyzmów (scena spotkania na dachu kompletnie bez słów, Damięcki ścigający na rowerze samochód, czy jadący na końcu stopem i biegnący do swojej ukochanej, podczas gdy cała reszta jego znajomych i rodziny spokojnie łapie taksówkę. Szczytem było zrobienie z kolegi Damięckiego transwestyty nie podając powodu ani nawet nie wykorzystując w żaden sposób tej postaci).
Żeby nie być zupełnie negatywnym: robi wrażenie oświetlenie, pięknie pokazana (jak to w produkcjach TVN) Warszawa, sceny humorystyczne (choć jest ich zaledwie kilka) oraz przede wszystkim muzyka. Brawa dla Łukasza Targosza i zespołu Afromental. Muzyka w filmie wpada w ucho i ma wszystko to, co w takim filmie muzyka mieć powinna. Mimo, że to jedynie umiejętne kopiowanie zachodnich hitów.
Każdy kto chce zobaczyć trochę tańca, niech lepiej włączy w środę po 21 TVN, niż idzie do kina. Kto ma ochotę na optymistyczny i kolorowy ładunek kiczu, może spokojnie wydać kilkanaście złotych na bilet.
10 mar 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz