4 mar 2009

(1)33 sceny z życia księdza

Wczoraj zebrałem się w końcu i wykorzystałem swój wolny wieczór na zobaczenie najnowszej polskiej superprodukcji czyli "Popiełuszki"

Postaram się więc rzetelnie opisać moje odczucia do tego filmu. Otóż film ten nie jest na pewno tak zły, jak piszą niektórzy, natomiast na pewno nie mogę go nazwać filmem udanym.

Zacznę od tego, co odebrałem bardzo pozytywnie.

Siła tego filmu tkwi przede wszystkim w Adamie Woronowiczu, dzięki któremu Popiełuszko jest człowiekiem z krwi i kości - pełnym ciepła, ale też wątpliwości i strachu, a miejscami wykazującym oznaki próżności czy słabości (np. do papierosów, choć nie wypala ich w filmie zbyt wiele).

Drugi atutem tego filmu jest rozmach, jaki w polskim kinie pojawia się rzadko ostatnimi czasy. Sceny zbiorowe, czołgi, a nawet pościg samochodowy (nieudolny, acz inteligentnie przełamany dowcipną uwagą na temat możliwości Syrenki). Do tego przez znaczną część filmu bardzo dobrze oddany jest klimat epoki poprzez bogatą scenografię, dobrze dobrane wnętrza i kostiumy bohaterów.

Trzecim pozytywem jest sprawne przeplatanie materiałów archiwalnych z filmowymi.

Podobało mi się również w zaledwie kilku scenach zarysowanie postaci Barbary Sadowskiej i Grzegorza Przemyka. Poprzez kilka ledwie scen udało się oddać ich specyficzny związek i zdobyć sympatię widzów.

Dobrym zabiegiem było też pokazanie poczucia humoru księdza i dodanie kilku akcentów humorystycznych, które stanowią miły przerywnik w trakcie seansu.

Ostatnim sporym pozytywem jest moim zdaniem pieczołowicie oddana atmosfera tamtych czasów i atmosfery, nastrojów jakie panowały wśród zwykłych Polaków.

A minusy?

Zacznę od błędów reżysera i scenarzysty w jednym, Rafała Wieczyńskiego.
Przede wszystkim film jest za długi. Bardzo dużo w nim scen nie do końca potrzebnych, które spokojnie mogłyby pójść pod nóż na stole montażowym. Za przykład podam tu całą sekwencję wojskową, która nijak ma się do reszty filmu, podobnie jak początek (podczas którego dowiadujemy się tylko, że ksiądz Jerzy od dziecka chciał być rycerzem Maryi). Pomijam już fakt, że wiele wątków - podróże księdza po kraju, organizacja pielgrzymi ludzi pracy, czy spotkania z Wałęsą itd. można było zarysować jedną sekwencją montażu, a nie rozwlekać na prawie 30 minut filmu. Gdyby film był o te 30 minut krótszy, zyskałby sporo na dramaturgii.

Nie do końca jasny jest target filmu. Z jednej strony ma to być film dla młodych, który ukaże im tamte czasy, stąd dużo materiałów archiwalnych, doskonale znanym starszych i pewna łopatologia bijąca z ekranu. Z drugiej strony wrzuca się tam masę postaci nieznanych młodzieży (czy ktoś urodzony po 1980 skojarzy Kazimierza Kaczora, Halinę Łabonarską, Joannę Szczepkowską w roli swej matki czy Maję Komorowską?) nie wyjaśniając, kto jest kim i o co chodziło.

Idąc dalej, pomysł obsadzenia niektórych postaci z prymasem Glempem na czele w rolach samych siebie sprzed 25 lat jest dyskusyjny, moim zdaniem chybiony, zwłaszcza w przypadku gdy część postaci (Wałęsa, prałat Jankowski) jest odgrywana przez nieznanych (i niepodobnych) aktorów.

Kolejną wadą są uproszczenia, SB i ZOMO są w tym filmie złem bez twarzy, osobowości i wątpliwości, przypomina jednowymiarowe postacie z komiksów z lat 30 i 40. W tym samym czasie robotnicy są prostymi ludźmi i mają swojską twarz Zbigniewa Zamachowskiego (który w sztampowej, jednowymiarowej roli irytuje). Nie ma tu też mowy o członkach kleru, którzy donosili na Popiełuszkę. W ogóle wątek tego, że ktoś z otoczenia księdza mógł donosić, jest jedynie wspomniany w 2 linijkach dialogu żeby przypadkiem młodzież nie miała wątpliwości, kto jest dobry a kto zły w całej tej historii.

Do tego dochodzi nieudolność i nieuwaga reżysera. W jednej z ciekawszych scen, w której po śmierci Przemyka ksiądz Jerzy przychodzi do jego zrozpaczonej matki, w tle bije po oczach... najnowsza książka Sapkowskiego (sic!). Niestety takich błędów jest jeszcze kilka (nowoczesne żaluzje w oknach, szaliczki z H&M, niektóre fryzury i stroje), co przy całej tej dbałości o wygląd epoki, o której trąbią producenci obrazu, psuje odbiór filmu.

O nieudolności reżysera mówię również w kontekście nieudolności w budowaniu napięcia, przez co kiedy nagle ksiądz zaczyna się bać i przewidywać swój koniec, dzieje się to tak szybko, że wypada umiarkowanie przekonująco - trochę zmian w tekście i inne rozłożenie akcentów mogły temu zapobiec, a tym samym sprawić, by widz rzeczywiście odczuwał napięcie.

Na koniec w odbiorze przeszkadzała mi źle dobra i nadmiernie patetyczna muzyka.

Pomimo tych wszystkich wpadek film ogląda się dobrze i jest w nim sporo scen naprawdę przyzwoicie zrobionych, zagranych, a nawet poruszających. Można bez żenady pójść do kina, choć chciałoby się powiedzieć coś więcej niż "jak na polski film, to wypadł nieźle".

PS. Osobną sprawą jest marketing tej produkcji...
Reklamy z Piotrem Kupichą i podstawionymi "zachwyconymi nastolatkami", plakat zerżnięty z Bonda i wywołujący skojarzenie z "nową kolekcją H&M", dodanie niepotrzebnego podtytułu ("wolność jest w nas")...
No i zwykle na koniec w filmach gdy pojawiają się napisy, to widzi się nazwisko reżysera lub głównych aktorów... W "Popiełuszce" pojawia się... informacja, że film objęto patronatem prezydenta Kaczyńskiego. Nie wiem, czy tylko ja odczułem niesmak w tym momencie, bo zapachniało tanią kampanią wyborczą.

Film oceniam jako przyzwoity, ale jego kampania reklamowa to zwyczajna żenada.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz