Korzenie Flo Rydy
Druga płyta rapującego z szybkością światła mieszkańca Florydy. Przyjemne, taneczne granie z pogranicza hip hopu, rnb i popu. Brak tu równie wielkiego przeboju jak "Low" z poprzedniej płyty "Mail on Sunday", jednak płyta jako całość robi wrażenie solidniejszej niż debiut. I choć kuriozalna jest dla mnie moda na wykorzystywanie europopowych hitów sprzed paru lat (tutaj Blue włoskiego zespołu Eiffel 65), to jednak całość jest przyjemną tzw. muzyczką tła.
Posłuchaj: R.O.O.T.S, Finally Here, Rewind
Flo Rida - R.O.O.T.S
Trzeci junior z Islandii
Royksopp wraca, w towarzystwie kilku znanych pań (np. Lykke Li czy Robyn) nagrywa płytę, na której jest przestrzennie, lekko i przyjemnie. Jesli ktoś nie znał, pokocha. Jeśli znał, nie powinien się zbytnio zawieść. Zespół trzyma swój stały, dość wysoki poziom, acz nie jest to płyta równie dosokonała jak dwie poprzednie.
Posłuchaj: Girl and the robot, This must be it, Miss it so much
Royksopp - Junior
Pisk rockmana
Timbaland zabrał się za jeden z bardziej charakterystycznych głosów muzyki rockowej. Na rezultat szkoda niestety słów.
Posłuchaj: Long Gone - jedynej solidnej kompozycji z tej płyty.
Chris Cornell - Scream
To nie twój czas Justyno...
Jak dalece można zatracić instynkt samozachowawczy? Na to pytanie można odpowiedzieć przyglądając się uważnie nowemu tworowi Justyny Steczkowskiej. Artystka, która kiedyś robiła projekty mocno nietypowe i nie wpasowujące się w główny nurt radiowej komercji, teraz za wszelką cenę stara się przypodobać publiczności za pomocą węgierskiego producenta, dzięki któremu płyta brzmi jak podróba Varius Manx z pierwszej połowy lat 90-tych. Teksty niby osobiste, a jednak generalnie nie mówią nic ciekawego. Zabrakło mocy głosu, wyczucia i tego, co Justyna zawsze miała, czyli pasji.
Posłuchaj: czegoś innego.
Justyna Steczkowska - To mój czas
27 mar 2009
10 mar 2009
Za dużo kochania, za mało tańczenia
Miało być: hollywoodzko, z rozmachem, tanecznie, muzycznie, wspaniale.
Wyszło: chaotycznie, idiotycznie, mało tanecznie, muzycznie, mocno średnio.
Ściągnięty z krajów Skandynawskich reżyser Bruce Parramore miał zagawarantować hollywoodzką jakość i pokazać, że da się zrobić "Step Up" po polsku i faktycznie, prawie się udało. Prawie, jak wiadomo, robi wielką różnicę. Parramore jak się okazuje nie ma na koncie żadnego filmu pełnometrażowego, a jedynie masę teledysków. Wydawałoby się, że to dobrze, by film taneczny był zmontowany jak teledysk, prawda? Otóż nie, ponieważ fabułą rządzi się innymi prawami. Setki cięć i ujęć trwających sekundę w teledysku mają wywołać wrażenie efektowności i zatuszować brak umiejętności tanecznych wokalisty czy wokalistki. W filmie z masą bardzo utalentowanych tancerzy te umiejętności powinno się eksponować, a reżyser do spółki z montażystą zrobili wszystko by je ukryć i zabić całą dramaturgię widowiska. Szkoda, bo kilka scen tanecznych mogło wyjść naprawdę dobrze.
Scenarzysta postawił natomiast, a to niespodzianka, na klisze fabularne, zasadniczo ubierając scenariusz znany z "You can dance" w wątłą fabułkę z jednowymiarowymi postaciami, które mówią do siebie banałami (mimo wszystko i tak dialogi są tu lepsze niż w typowej polskiej komedii romantycznej). Jednak w odróżnieniu od telewizyjnego show, tu zabrakło dramaturgii, ponieważ w You can dance śledzimy losy kilkunastu bohaterów, którzy są jednakowo eksponowani, w filmie natomiast wszyscy tancerze są jedynie tłem dla losów Wojtka -Damięckiego i Hani - Miko. Dodatkowo nie udało się uniknąć typowych dla tego podgatunku polskiego kina idiotyzmów (scena spotkania na dachu kompletnie bez słów, Damięcki ścigający na rowerze samochód, czy jadący na końcu stopem i biegnący do swojej ukochanej, podczas gdy cała reszta jego znajomych i rodziny spokojnie łapie taksówkę. Szczytem było zrobienie z kolegi Damięckiego transwestyty nie podając powodu ani nawet nie wykorzystując w żaden sposób tej postaci).
Żeby nie być zupełnie negatywnym: robi wrażenie oświetlenie, pięknie pokazana (jak to w produkcjach TVN) Warszawa, sceny humorystyczne (choć jest ich zaledwie kilka) oraz przede wszystkim muzyka. Brawa dla Łukasza Targosza i zespołu Afromental. Muzyka w filmie wpada w ucho i ma wszystko to, co w takim filmie muzyka mieć powinna. Mimo, że to jedynie umiejętne kopiowanie zachodnich hitów.
Każdy kto chce zobaczyć trochę tańca, niech lepiej włączy w środę po 21 TVN, niż idzie do kina. Kto ma ochotę na optymistyczny i kolorowy ładunek kiczu, może spokojnie wydać kilkanaście złotych na bilet.
Wyszło: chaotycznie, idiotycznie, mało tanecznie, muzycznie, mocno średnio.
Ściągnięty z krajów Skandynawskich reżyser Bruce Parramore miał zagawarantować hollywoodzką jakość i pokazać, że da się zrobić "Step Up" po polsku i faktycznie, prawie się udało. Prawie, jak wiadomo, robi wielką różnicę. Parramore jak się okazuje nie ma na koncie żadnego filmu pełnometrażowego, a jedynie masę teledysków. Wydawałoby się, że to dobrze, by film taneczny był zmontowany jak teledysk, prawda? Otóż nie, ponieważ fabułą rządzi się innymi prawami. Setki cięć i ujęć trwających sekundę w teledysku mają wywołać wrażenie efektowności i zatuszować brak umiejętności tanecznych wokalisty czy wokalistki. W filmie z masą bardzo utalentowanych tancerzy te umiejętności powinno się eksponować, a reżyser do spółki z montażystą zrobili wszystko by je ukryć i zabić całą dramaturgię widowiska. Szkoda, bo kilka scen tanecznych mogło wyjść naprawdę dobrze.
Scenarzysta postawił natomiast, a to niespodzianka, na klisze fabularne, zasadniczo ubierając scenariusz znany z "You can dance" w wątłą fabułkę z jednowymiarowymi postaciami, które mówią do siebie banałami (mimo wszystko i tak dialogi są tu lepsze niż w typowej polskiej komedii romantycznej). Jednak w odróżnieniu od telewizyjnego show, tu zabrakło dramaturgii, ponieważ w You can dance śledzimy losy kilkunastu bohaterów, którzy są jednakowo eksponowani, w filmie natomiast wszyscy tancerze są jedynie tłem dla losów Wojtka -Damięckiego i Hani - Miko. Dodatkowo nie udało się uniknąć typowych dla tego podgatunku polskiego kina idiotyzmów (scena spotkania na dachu kompletnie bez słów, Damięcki ścigający na rowerze samochód, czy jadący na końcu stopem i biegnący do swojej ukochanej, podczas gdy cała reszta jego znajomych i rodziny spokojnie łapie taksówkę. Szczytem było zrobienie z kolegi Damięckiego transwestyty nie podając powodu ani nawet nie wykorzystując w żaden sposób tej postaci).
Żeby nie być zupełnie negatywnym: robi wrażenie oświetlenie, pięknie pokazana (jak to w produkcjach TVN) Warszawa, sceny humorystyczne (choć jest ich zaledwie kilka) oraz przede wszystkim muzyka. Brawa dla Łukasza Targosza i zespołu Afromental. Muzyka w filmie wpada w ucho i ma wszystko to, co w takim filmie muzyka mieć powinna. Mimo, że to jedynie umiejętne kopiowanie zachodnich hitów.
Każdy kto chce zobaczyć trochę tańca, niech lepiej włączy w środę po 21 TVN, niż idzie do kina. Kto ma ochotę na optymistyczny i kolorowy ładunek kiczu, może spokojnie wydać kilkanaście złotych na bilet.
4 mar 2009
(1)33 sceny z życia księdza
Wczoraj zebrałem się w końcu i wykorzystałem swój wolny wieczór na zobaczenie najnowszej polskiej superprodukcji czyli "Popiełuszki"
Postaram się więc rzetelnie opisać moje odczucia do tego filmu. Otóż film ten nie jest na pewno tak zły, jak piszą niektórzy, natomiast na pewno nie mogę go nazwać filmem udanym.
Zacznę od tego, co odebrałem bardzo pozytywnie.
Siła tego filmu tkwi przede wszystkim w Adamie Woronowiczu, dzięki któremu Popiełuszko jest człowiekiem z krwi i kości - pełnym ciepła, ale też wątpliwości i strachu, a miejscami wykazującym oznaki próżności czy słabości (np. do papierosów, choć nie wypala ich w filmie zbyt wiele).
Drugi atutem tego filmu jest rozmach, jaki w polskim kinie pojawia się rzadko ostatnimi czasy. Sceny zbiorowe, czołgi, a nawet pościg samochodowy (nieudolny, acz inteligentnie przełamany dowcipną uwagą na temat możliwości Syrenki). Do tego przez znaczną część filmu bardzo dobrze oddany jest klimat epoki poprzez bogatą scenografię, dobrze dobrane wnętrza i kostiumy bohaterów.
Trzecim pozytywem jest sprawne przeplatanie materiałów archiwalnych z filmowymi.
Podobało mi się również w zaledwie kilku scenach zarysowanie postaci Barbary Sadowskiej i Grzegorza Przemyka. Poprzez kilka ledwie scen udało się oddać ich specyficzny związek i zdobyć sympatię widzów.
Dobrym zabiegiem było też pokazanie poczucia humoru księdza i dodanie kilku akcentów humorystycznych, które stanowią miły przerywnik w trakcie seansu.
Ostatnim sporym pozytywem jest moim zdaniem pieczołowicie oddana atmosfera tamtych czasów i atmosfery, nastrojów jakie panowały wśród zwykłych Polaków.
A minusy?
Zacznę od błędów reżysera i scenarzysty w jednym, Rafała Wieczyńskiego.
Przede wszystkim film jest za długi. Bardzo dużo w nim scen nie do końca potrzebnych, które spokojnie mogłyby pójść pod nóż na stole montażowym. Za przykład podam tu całą sekwencję wojskową, która nijak ma się do reszty filmu, podobnie jak początek (podczas którego dowiadujemy się tylko, że ksiądz Jerzy od dziecka chciał być rycerzem Maryi). Pomijam już fakt, że wiele wątków - podróże księdza po kraju, organizacja pielgrzymi ludzi pracy, czy spotkania z Wałęsą itd. można było zarysować jedną sekwencją montażu, a nie rozwlekać na prawie 30 minut filmu. Gdyby film był o te 30 minut krótszy, zyskałby sporo na dramaturgii.
Nie do końca jasny jest target filmu. Z jednej strony ma to być film dla młodych, który ukaże im tamte czasy, stąd dużo materiałów archiwalnych, doskonale znanym starszych i pewna łopatologia bijąca z ekranu. Z drugiej strony wrzuca się tam masę postaci nieznanych młodzieży (czy ktoś urodzony po 1980 skojarzy Kazimierza Kaczora, Halinę Łabonarską, Joannę Szczepkowską w roli swej matki czy Maję Komorowską?) nie wyjaśniając, kto jest kim i o co chodziło.
Idąc dalej, pomysł obsadzenia niektórych postaci z prymasem Glempem na czele w rolach samych siebie sprzed 25 lat jest dyskusyjny, moim zdaniem chybiony, zwłaszcza w przypadku gdy część postaci (Wałęsa, prałat Jankowski) jest odgrywana przez nieznanych (i niepodobnych) aktorów.
Kolejną wadą są uproszczenia, SB i ZOMO są w tym filmie złem bez twarzy, osobowości i wątpliwości, przypomina jednowymiarowe postacie z komiksów z lat 30 i 40. W tym samym czasie robotnicy są prostymi ludźmi i mają swojską twarz Zbigniewa Zamachowskiego (który w sztampowej, jednowymiarowej roli irytuje). Nie ma tu też mowy o członkach kleru, którzy donosili na Popiełuszkę. W ogóle wątek tego, że ktoś z otoczenia księdza mógł donosić, jest jedynie wspomniany w 2 linijkach dialogu żeby przypadkiem młodzież nie miała wątpliwości, kto jest dobry a kto zły w całej tej historii.
Do tego dochodzi nieudolność i nieuwaga reżysera. W jednej z ciekawszych scen, w której po śmierci Przemyka ksiądz Jerzy przychodzi do jego zrozpaczonej matki, w tle bije po oczach... najnowsza książka Sapkowskiego (sic!). Niestety takich błędów jest jeszcze kilka (nowoczesne żaluzje w oknach, szaliczki z H&M, niektóre fryzury i stroje), co przy całej tej dbałości o wygląd epoki, o której trąbią producenci obrazu, psuje odbiór filmu.
O nieudolności reżysera mówię również w kontekście nieudolności w budowaniu napięcia, przez co kiedy nagle ksiądz zaczyna się bać i przewidywać swój koniec, dzieje się to tak szybko, że wypada umiarkowanie przekonująco - trochę zmian w tekście i inne rozłożenie akcentów mogły temu zapobiec, a tym samym sprawić, by widz rzeczywiście odczuwał napięcie.
Na koniec w odbiorze przeszkadzała mi źle dobra i nadmiernie patetyczna muzyka.
Pomimo tych wszystkich wpadek film ogląda się dobrze i jest w nim sporo scen naprawdę przyzwoicie zrobionych, zagranych, a nawet poruszających. Można bez żenady pójść do kina, choć chciałoby się powiedzieć coś więcej niż "jak na polski film, to wypadł nieźle".
PS. Osobną sprawą jest marketing tej produkcji...
Reklamy z Piotrem Kupichą i podstawionymi "zachwyconymi nastolatkami", plakat zerżnięty z Bonda i wywołujący skojarzenie z "nową kolekcją H&M", dodanie niepotrzebnego podtytułu ("wolność jest w nas")...
No i zwykle na koniec w filmach gdy pojawiają się napisy, to widzi się nazwisko reżysera lub głównych aktorów... W "Popiełuszce" pojawia się... informacja, że film objęto patronatem prezydenta Kaczyńskiego. Nie wiem, czy tylko ja odczułem niesmak w tym momencie, bo zapachniało tanią kampanią wyborczą.
Film oceniam jako przyzwoity, ale jego kampania reklamowa to zwyczajna żenada.
Postaram się więc rzetelnie opisać moje odczucia do tego filmu. Otóż film ten nie jest na pewno tak zły, jak piszą niektórzy, natomiast na pewno nie mogę go nazwać filmem udanym.
Zacznę od tego, co odebrałem bardzo pozytywnie.
Siła tego filmu tkwi przede wszystkim w Adamie Woronowiczu, dzięki któremu Popiełuszko jest człowiekiem z krwi i kości - pełnym ciepła, ale też wątpliwości i strachu, a miejscami wykazującym oznaki próżności czy słabości (np. do papierosów, choć nie wypala ich w filmie zbyt wiele).
Drugi atutem tego filmu jest rozmach, jaki w polskim kinie pojawia się rzadko ostatnimi czasy. Sceny zbiorowe, czołgi, a nawet pościg samochodowy (nieudolny, acz inteligentnie przełamany dowcipną uwagą na temat możliwości Syrenki). Do tego przez znaczną część filmu bardzo dobrze oddany jest klimat epoki poprzez bogatą scenografię, dobrze dobrane wnętrza i kostiumy bohaterów.
Trzecim pozytywem jest sprawne przeplatanie materiałów archiwalnych z filmowymi.
Podobało mi się również w zaledwie kilku scenach zarysowanie postaci Barbary Sadowskiej i Grzegorza Przemyka. Poprzez kilka ledwie scen udało się oddać ich specyficzny związek i zdobyć sympatię widzów.
Dobrym zabiegiem było też pokazanie poczucia humoru księdza i dodanie kilku akcentów humorystycznych, które stanowią miły przerywnik w trakcie seansu.
Ostatnim sporym pozytywem jest moim zdaniem pieczołowicie oddana atmosfera tamtych czasów i atmosfery, nastrojów jakie panowały wśród zwykłych Polaków.
A minusy?
Zacznę od błędów reżysera i scenarzysty w jednym, Rafała Wieczyńskiego.
Przede wszystkim film jest za długi. Bardzo dużo w nim scen nie do końca potrzebnych, które spokojnie mogłyby pójść pod nóż na stole montażowym. Za przykład podam tu całą sekwencję wojskową, która nijak ma się do reszty filmu, podobnie jak początek (podczas którego dowiadujemy się tylko, że ksiądz Jerzy od dziecka chciał być rycerzem Maryi). Pomijam już fakt, że wiele wątków - podróże księdza po kraju, organizacja pielgrzymi ludzi pracy, czy spotkania z Wałęsą itd. można było zarysować jedną sekwencją montażu, a nie rozwlekać na prawie 30 minut filmu. Gdyby film był o te 30 minut krótszy, zyskałby sporo na dramaturgii.
Nie do końca jasny jest target filmu. Z jednej strony ma to być film dla młodych, który ukaże im tamte czasy, stąd dużo materiałów archiwalnych, doskonale znanym starszych i pewna łopatologia bijąca z ekranu. Z drugiej strony wrzuca się tam masę postaci nieznanych młodzieży (czy ktoś urodzony po 1980 skojarzy Kazimierza Kaczora, Halinę Łabonarską, Joannę Szczepkowską w roli swej matki czy Maję Komorowską?) nie wyjaśniając, kto jest kim i o co chodziło.
Idąc dalej, pomysł obsadzenia niektórych postaci z prymasem Glempem na czele w rolach samych siebie sprzed 25 lat jest dyskusyjny, moim zdaniem chybiony, zwłaszcza w przypadku gdy część postaci (Wałęsa, prałat Jankowski) jest odgrywana przez nieznanych (i niepodobnych) aktorów.
Kolejną wadą są uproszczenia, SB i ZOMO są w tym filmie złem bez twarzy, osobowości i wątpliwości, przypomina jednowymiarowe postacie z komiksów z lat 30 i 40. W tym samym czasie robotnicy są prostymi ludźmi i mają swojską twarz Zbigniewa Zamachowskiego (który w sztampowej, jednowymiarowej roli irytuje). Nie ma tu też mowy o członkach kleru, którzy donosili na Popiełuszkę. W ogóle wątek tego, że ktoś z otoczenia księdza mógł donosić, jest jedynie wspomniany w 2 linijkach dialogu żeby przypadkiem młodzież nie miała wątpliwości, kto jest dobry a kto zły w całej tej historii.
Do tego dochodzi nieudolność i nieuwaga reżysera. W jednej z ciekawszych scen, w której po śmierci Przemyka ksiądz Jerzy przychodzi do jego zrozpaczonej matki, w tle bije po oczach... najnowsza książka Sapkowskiego (sic!). Niestety takich błędów jest jeszcze kilka (nowoczesne żaluzje w oknach, szaliczki z H&M, niektóre fryzury i stroje), co przy całej tej dbałości o wygląd epoki, o której trąbią producenci obrazu, psuje odbiór filmu.
O nieudolności reżysera mówię również w kontekście nieudolności w budowaniu napięcia, przez co kiedy nagle ksiądz zaczyna się bać i przewidywać swój koniec, dzieje się to tak szybko, że wypada umiarkowanie przekonująco - trochę zmian w tekście i inne rozłożenie akcentów mogły temu zapobiec, a tym samym sprawić, by widz rzeczywiście odczuwał napięcie.
Na koniec w odbiorze przeszkadzała mi źle dobra i nadmiernie patetyczna muzyka.
Pomimo tych wszystkich wpadek film ogląda się dobrze i jest w nim sporo scen naprawdę przyzwoicie zrobionych, zagranych, a nawet poruszających. Można bez żenady pójść do kina, choć chciałoby się powiedzieć coś więcej niż "jak na polski film, to wypadł nieźle".
PS. Osobną sprawą jest marketing tej produkcji...
Reklamy z Piotrem Kupichą i podstawionymi "zachwyconymi nastolatkami", plakat zerżnięty z Bonda i wywołujący skojarzenie z "nową kolekcją H&M", dodanie niepotrzebnego podtytułu ("wolność jest w nas")...
No i zwykle na koniec w filmach gdy pojawiają się napisy, to widzi się nazwisko reżysera lub głównych aktorów... W "Popiełuszce" pojawia się... informacja, że film objęto patronatem prezydenta Kaczyńskiego. Nie wiem, czy tylko ja odczułem niesmak w tym momencie, bo zapachniało tanią kampanią wyborczą.
Film oceniam jako przyzwoity, ale jego kampania reklamowa to zwyczajna żenada.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
