
Na kolejny album U2 czekałem z pewnymi oczekiwaniami, przekonany że jest to zespół, który po prostu nie schodzi poniżej pewnego poziomu i mimo, że ich ostatnie płyty nie przyniosły ponadczasowych przebojów, to jednak słuchało się ich przyjemnie i bez żenady. Niestety nie mogę tego powiedzieć o "No line on the horizon", który niestety wpisuje się w nurt tegorocznych rozczarowań (razem z Franz Ferdinand i przede wszystkim z Chrisem Cornellem, o czym kiedy indziej). Czułem już, że coś jest nie tak po wyjątkowo mało przbojowym singlu "Get on your boots" nie porywa ani refrenem, ani riffami, niczym...
I taki jest cały album.
Słabiutkie refreny, oparte na prostych dźwiękach, dużo jęczenia, dużo hałasu gitarowego, ale U2 zawsze jednak miało dar do melodii, który tutaj po prostu stracili. Słuchając "Moment of surrender" lub "FEZ-Being born" mam wrażenie, że słucham U2, ale w wersji demo.
A już absolutnym dnem jest "I'll go crazy if I don't go crazy tonight". Faktycznie można oszaleć, zwłaszcza kiedy Bono próbuje śpiewac falsetem...
Broni się trochę balladowa końcówka albumu, ale próżno tu szukać kompozycji na miarę "One" czy nawet "Sometimes you can't make it on your own".
Bono ponoć powiedział, że boi się Coldplay i The Killers. Może przeczuwał, że ten album jemu i kolegom za bardzo nie wyszedł?
hmmmmm...

