25 lut 2009

Bono słusznie się boi


Na kolejny album U2 czekałem z pewnymi oczekiwaniami, przekonany że jest to zespół, który po prostu nie schodzi poniżej pewnego poziomu i mimo, że ich ostatnie płyty nie przyniosły ponadczasowych przebojów, to jednak słuchało się ich przyjemnie i bez żenady. Niestety nie mogę tego powiedzieć o "No line on the horizon", który niestety wpisuje się w nurt tegorocznych rozczarowań (razem z Franz Ferdinand i przede wszystkim z Chrisem Cornellem, o czym kiedy indziej). Czułem już, że coś jest nie tak po wyjątkowo mało przbojowym singlu "Get on your boots" nie porywa ani refrenem, ani riffami, niczym...

I taki jest cały album.

Słabiutkie refreny, oparte na prostych dźwiękach, dużo jęczenia, dużo hałasu gitarowego, ale U2 zawsze jednak miało dar do melodii, który tutaj po prostu stracili. Słuchając "Moment of surrender" lub "FEZ-Being born" mam wrażenie, że słucham U2, ale w wersji demo.

A już absolutnym dnem jest "I'll go crazy if I don't go crazy tonight". Faktycznie można oszaleć, zwłaszcza kiedy Bono próbuje śpiewac falsetem...

Broni się trochę balladowa końcówka albumu, ale próżno tu szukać kompozycji na miarę "One" czy nawet "Sometimes you can't make it on your own".

Bono ponoć powiedział, że boi się Coldplay i The Killers. Może przeczuwał, że ten album jemu i kolegom za bardzo nie wyszedł?

hmmmmm...

Wrocłaffka - Warszaffka dla ubogich

Chciałoby się zacząć jak O.S.T.R...

Siemano pokolenie zatrute komercją...

Ta piosenka, dzisiaj pierwsza na mej tramwajowej plejliście, towarzyszyła mi wczoraj przez cały wieczór po traumatycznym przeżyciu, jakim była wizyta we wrocławskim kasynie. Zostaliśmy tam zaproszeni na, uwaga uwaga, POKER Z GWIAZDAMI. Wśród gwiazd m.in Rafał Mroczek, Agnieszka Włodarczyk czy lider ultra popularnego Papa Dance, Paweł Stasiak*.

Impreza ściągnęła tłumy tzw. elyty, która wyfraczona, wytapirowana i wypachniona stała grzecznie na schodach od parteru po drugie piętro, czekając aż zostanie wpuszczona do przybytku hazardu.

Już w środku prowadzący przyrównywał Wrocław do Las Vegas (i tu, jak już ustaliliśmy z Bartkiem K. wiele się nie pomylił, tyle że jemu chyba nie do końca chodziło o to, o co nam...) i generalnie robił to za co mu się płaci czyli nawijał o Pokerze Texas Hold'em.

My oczywiście z M. zaczęlismy wizytę od zlokalizowania Pani z drinami, a następnie stołu z cateringiem, który okazał się wyjątkowo niejadalny, więc ograniczyliśmy się do bezpiecznie wyglądającego udka kurczaka i bigosu, czyli standardzik.

No i doszliśmy do sedna sprawy: gwiazd.

Większość z nich określiłbym zdaniem "widziałem ich kiedyś w TV". Czy to czyni ich gwiazdami? Nie mnie oceniać, bo o tym już chyba elaboraty pisano w naszym pieknym kraju (O.S.T.R mówi "ty lepiej wyłącz telewizję"...).

Bottom line: gdyby ta biba była w Warszawie, byliby to przynajmniej lanserzy z pierwszych stron gazet, a nie ochłapy.

M. chciałby też dodać, że składa reklamację, bo nie było Agnieszki Włodarczyk, a zastąpiono ją niejaką Natalią "40 osób na koncert" Lesz, a M. nie wiedział jak ona wygląda więc był niepocieszony...

Aha, dodatkowy smuteczek, jak mawia Joanna, dla liderów młodych wrocławaskich zespołów, jak Oszibarack, którzy wzięli udział w tym smutnym przedsięwzięciu...


* wstydliwa dygresja, jak mialem 4 lata to chodziłem za moją mamą i krzyczałem "Pussić" (puścić jakby ktoś nie skumał), co odnosiło się do piosenki Papa Dance. Niestety nie pamiętam jakiej...

21 lut 2009

Wątpliwości, mam tyle wątpliwości...


...czy wypada mi pojechać film "Wątpliwość", opowieść o siostrze zakonnej, która wyrusza na wojnę z przełożonym - księdzem podejrzanym o molestowanie czarnego chłopca (w oparciu o wątłe dowody) . Ciężko oceniać ten film, nie zdradzając tego, co w nim najciekawsze. Nie wypada jechać na pewno aktorów. Meryl Streep jak wiadomo potrafiłaby zagrać nawet krzesło, a i tak byłoby ciekawie. Tutaj tworzy postać pełną niuansów i dwuznaczności, z zewnątrz zawsze prezentującą krzywy uśmieszek i wręcz odpychającą, a jednak zdradzającą w kilku scenach zarówno ciężkie życie jak i autentyczną troskę o innych. Po drugiej stronie Philip Seymour Hoffman, którego ojciec Flynn jest pozornie wcieleniem dobra, jednak w wykonaniu Hoffmana można zobaczyć również mroczną, pełną strachu stronę. Pomiędzy tą dwójką obiecująca Amy Adams, która niestety 1. ma mało do grania 2. po raz kolejny jest obsadzona w prawie identycznej roli młodej i naiwnej dzieweczki. Dodatkowo Viola Davis jako matka molestowanego chłopca, która w zaledwie dwóch scenach urzekła Akademię, a ta przyznała jej nominację do Oscara (moim zdaniem odrobinę na wyrost).
Ok, mamy więc wybitnych aktorów w świetnych rolach. Co dalej?

Niestety, nie za wiele. Reżyser-dramaturg, który własną sztukę przerobił tu na film, nie poradził sobie niestety z filmowymi środkami wyrazu, w związku z czym jego "uatrakcyjnienia" materiału o podmuchy wiatru, opady śniegu, pękającą żarówkę itd. nie wypadają przekonująco, a wręcz rażąco teatralnie i sztucznie. Dodatkowo w paru miejscach natrętna symbolika (zwłaszcza w scenie, gdy ojca Flynna widać na tle obrazu rozmodlonego Jezusa) wywołała u mnie skrzywienie.

Scenariusz również pozostawia sporo do życzenia, staje się bowiem swego rodzaju dyskusją istniejącą tylko po to, by dyskutować, a cały sens filmu jak ktoś już podkreślił, zawiera się w jego ostatnich 30 minutach, co sprawia wrażenie, że materiał został sztucznie wydłużony.

Ktoś jednak napisał w jednej z recenzji, że nieczęsto można zobaczyć Meryl Streep czy Hoffmana w teatrze, więc dla tej dwójki warto się wybrać do kina. Ale tylko dla nich niestety.

ps. zdecydowany plus za ciekawy i niesztampowy plakat, ale to już do marketerów sprzedających film ;-)

"Doubt"
reż. John Patrick Shanley
Ocena: 3/6

18 lut 2009

Ślubne Wojny - czyli nie chodzę do kina na filmy, które w USA mają premierę w styczniu i lutym

Film, który zmusił mnie do zastanowienia się "Co oni sobie myśleli?". Oni to w tym przypadku grupa producentów, reżyser i dwie nota bene całkiem zdolne aktorki, które w realizacji tego koszmaru uczestniczyły.
Myślałem nad tym dłużej, niż oglądałem ten film (a skończyłem po 40 minutach) i doszedłem do wniosku, że mogło być tak...
Producent 1 dzwoni do producenta 2 wychodząc z seansu "Sexu w wielkim mieście" i mówi: mam pomysł, a gdyby tak zrobić taki sam film, tylko troch,e pozmieniać, to zbijemy sporo kasy.
Producent 2 reaguje bardzo entuzjastycznie i stwierdza, że to świetny pomysł, ale po co angażować aż 4 aktorki, jak można zapłacić wysokie gaże jedynie dwóm. Producent 1 jest wniebowzięty.
Potem zatrudniają scenarzystę, który musi biedny wymyślić jakąś fabułę. Ma małe pole manewru, bo producent 2 narzuca mu do jakich sklepów mają chodzić bohaterki, jak mają wyglądać i koniecznie muszą mieć dobre zawody, a producent 1 cały czas powtarza że musi być śmiesznie i dynamicznie. Scenarzysta skrzętnie notuje wszystkie uwagi.
Ostatecznie do całego tego blichtru potrzebny jest jeszcze jakaś story i tutaj scenarzysta, uradowany, podaje pomysł dwóch przyjaciółek, które przypadkiem mają mieć ślub w tym samym dniu. Producenci 1 i 2 szaleją.
Na bazie tego jednozdaniowego streszczenia, zapewniając że będzie super śmiesznie i w ogóle w tradycji najlepszych komedii lat 90tych i 80tych producent 1 pozyskuje super zdolną Anne Hathaway, a producent 2 nieco zmarniałą w ostatnich latach, ale wciąż córkę Goldie Hawn czyli Kate Hudson.
Produkcja rusza. Niestety, po drodze scenarzystę zwalniają i zastępuje go inny, a potem inna, a potem jeszcze inna (pod scenariuszem podpisano 4 osoby) i ostatecznie na ekranie Hathaway jest pustą i zimną suka, a Hudson na wpół zidiociałą blondynką.

No cóż, miało być pięknie, a wyszło jak zwykle...

Playlista na Dziś

Od paru dni staram się co wieczór lub przynajmniej dwa razy w tygodniu, ułożyć sobie na drogę do pracy (ok 25 minut) playlistę, najczęściej kierując się moimi podejrzeniami co do humoru, jaki będę miał następnego ranka.

Playlista na dziś:

1. Alphabeat - Digital Love (Daft Punk Cover acoustic version)

2. The Hood Internet - Hot Doesn't Run On Cold (Katy Perry vs. The Thermals)

3. Mates of State - The Re-Arranger

4. Krewella - Gameplan

5. Black Kids - Damn, I wish I was your lover (Sophie B. Hawkins Cover)

6. Alphabeat - Public Image

I to idealnie starcza mi na drogę z domu do tramwaju, podróż w zatłoczonym tramwaju nowym Skoda (który przynajmniej ma ogrzewanie) pod Heliosa i te kilkadziesiąt metrów do mego strasznego biura, w którym właśnie siedzę udając że pracuję :-)

The beginning is the end is the beginning...

Założenie bloga chodziło mi po głowie jakiś czas, bo generalnie potrzebuję się powywnętrzać o swoich muzycznych, filmowych i generalnie popkulturowych gustach, więc być może będę tu przeżywał i krytykował sobie różne rzeczy, bo w końcu mogę, nie?

Pierwsze posty już dziś :-)